Fides? Public domain.

2008-02-10 (06/40)

Czy polacy potrafią dbać o interes narodowy? [1]

Zaszufladkowany do: Radio Józef - Forum — Stanisław EM @ UTC 17:35:01
Tags: , , , ,
Wysłany: 2008-02-10, 17:35   Re: Czy polacy potrafią dbać o interes narodowy?


profesor napisał/a:
Warto zapytać czyje interesy reprezentuje i realizuje rząd PO-PSL?


Przyznam się uczciwie, że nad pytaniem “czyje interesy reprezentują” PO i PSL zastanawiam, się co najmniej od jesieni 2005 r., a od kilku miesięcy również nad tym “czyje realizują” i – nie znajduję odpowiedzi.
A mózg mi się już przegrzewa, od tego zastanawiania sie. Chyba, w obawie o jego integralność, muszę zaprzestać dociekania. Mózg bowiem ma się tylko jeden i może się jeszcze przydać, choćby po to, by gdy już się nie da w tym obłędzie trwać, pomyśleć gdzie by tu emigrować. W Irlandii i Brytanii już nieco tłoczno, więc trzeba się dobrze rozejrzeć, by nie trafić na jakąś Białą Ruś. A to wymaga pomyślunku, do czegóż znowu mózg niezbedny jest (cbdu).Proszę profesorze doprecyzować temat i ankietę, bo są jakby nieco z sobą sprzeczne. Na pytanie w Ankiecie, chciałbym odpowiedzieć “Nie”, ale pytanie w tytule Tematu brzmi “Czy Polacy potrafią”, a na tak postawione pytanie nie sposób odpowiedzieć “Nie”, bo Polacy – co prawda nie wszyscy – jednak potrafią. I to od dawna. Nawet taki towarzysz Gierek musiał przyznać, że Polak potrafi.
Dlatego, do czasu wyjaśnienia tej niejasności metodologicznej – wstrzymam się z odpowiedzią na Ankietę.

Polski Kościół jak wiejska parafia

Zaszufladkowany do: Ocenzurowana Wiara, Wiara.pl 2. Wiadomości — Stanisław EM @ UTC 17:15:51
2008-02-10 17:15:45
Polski Kościół jak wiejska parafia
Życie Warszawy/a.
Kościół światowy żyje innymi problemami, u nas tymczasem ciągle dyskutuje się o tym, czy jakiś biskup donosił, czy nie; czy utrzymywał stosunki homoseksualne z klerykami, czy nie… A to są przecież wszystko plewy – mówi w wywiadzie dla Życia Warszawy religioznawca prof. Zbigniewem Mikołejko.

2008-02-10 22:47
A mnie się marzy kurna chata – w prawdziwej parafii. I nie ma tym pragnieniu ani krzty naiwnego wyobrażenia o sielskości takiego bytu. Jako mieszkaniec wielkiego miasta widzę jednak w tym wiele pozytywów. Choćby to że się wie kto jest sąsiadem, kto kłusuje o poranku, kto komu pomaga, kto komu bezinteresownie szkodzi, a kto jest przez wszystkich opuszczony. Wiele jest dobrych stron “parafialnego” życia. Jak widać jednak, dla Profesora to tylko wyznacznik ciemnoty, godnej pogardy i potępienia.
Jeśli on, Profesor, w akcie apostazji, widzi rodzaj odwagi, a nie akt rozpaczy, słabości i ucieczki, to chyba nie ma co komentować jego znajomości ludzkiej psychiki.
Zostawmy jednak Profesora (Mikołejko) jego mniemaniom o swojej intelektualnej wyższości.

Profesor Węcławski. Zamknięty w sobie, w swoich książkach, w swoich myślowych eskapadach. Łechtany uznaniem, obdarzany pochwałami “otwartych” środowisk. Ale oderwany od życia, tego codziennego. Więc znakomity materiał do zmanipulowania. Wmanewrowany, jako “autorytet”, w sprawy (prawdziwych albo rzekomych, jakie to ma znaczenie?) przewin biskupów. Przewin , jak widać po skutkach, bardzo przydatnych tępiącym Kosciół i wiarę środowiskom.
Potem kobieta – jeśli to prawda. Samotność, nieumiejetność radzenia sobie z nią, poczucie “zmarnowania” życia i chęć “nadrobienia” straconego czasu. Jeśli jeszcze “ona” za punkt “ideowego” (feministka) honoru przyjęła sobie “złamanie” niezłomnego “katola”, i to nie byle jakiego, “ideologa katolizmu” – to wszystko możliwe.
Taki obraz rysuje mi się po lekturze prasowych doniesień. Jak jest naprawdę? Wie tylko Węcławski. I ci dla których stał się narzędziem.
Bardzo mi żal tego człowieka.

Odnoszę wrażenie, że odgrzanie i nakręcanie sprawy Węcławskiego, służy przede wszystkim zareklamowaniu jego Pracowni Badań i teorii zbłądzenia Kościoła w uniwersalizm, jakoby sprzeczny z intencjami Jezusa-człowieka. Zareklamowaniu – wpisującemu się w wyłuskiwanie Kościołowi wiernych, skoro nie można go skasować jednym zdecydowanym ruchem.

W samej teorii Węcławskiego o rzekomym ubóstwieniu Jezusa wbrew jego woli nie ma nic odkrywczego. Spotkałem się z nią kilkadziesiąt lat temu w pismach oderwanych od chrześcijaństwa sekt oraz komunistycznych i masońskich “znawców” Kościoła. Źródła nie przytoczę, bo teologia moim hobby nie jest i dotyczących jej notatek nie prowadzę.

A tak na boku – to teraz Życie Warszawy przejęło pałeczkę? Dobrze wiedzieć. Komfiguracje na froncie tak szybko sie zmieniają, że trudno się połapać – kto rzucony został do ataku, kto na flankach, a kto przy bramce uziemiony.
 

Człowiek bez serduszka

Zaszufladkowany do: Ocenzurowana Wiara, Wiara.pl 1. Koment. dnia — Stanisław EM @ UTC 12:00:55
Tags: , , , ,
2008-02-10
Człowiek bez serduszka
ks. Artur Stopka
Ciekawe, że w zamieszkanym licznie przez katolików kraju udało się bardzo skutecznie zamazać różnicę pomiędzy działalnością charytatywną (czyli miłosierdziem, jałmużną) a dobroczynnością.

2008-02-10 12:04
A wystarczyłoby by Shakira zapewniła, że wieczór będzie bez świadków i już można by się zastanawiać, czy to czasem nie jałmużna. Niestety, samej aukcji niesposób dokonać w ukryciu.
Oczywiście żartuję, ale problem zamętu pojęciowego jest  i dobrze, że się o nim przypomina.

Myślę, że warto zwrócić również uwagę na to, że dobroczynność ma dwie odmiany, bardzo różne co do istoty. A tym co je różni są skutki dla darczyńczy.

Otóż czym innym jest np. wystawienie na aukcji olimpijskiego medalu z przeznaczeniem uzyskanych pieniędzy dla potrzebujących, a czym innym jest organizowanie imprezy z wielką pompą i nagłośnieniem przez firmy i biznesmenów.

W pierwszym przypadku darczyńca ma tylko satysfakcję i poczucie dobrego uczynku, w drugim jest wymierny profit. W pierwszym darczyńca zdaje się na wycenę daru przez uczestników aukcji, w drugim sztab specjalistów od marketingu i reklamy precyzyjnie kalkuluje maksymalizację zysku.
W pierwszym jest darowanie coś od siebie (i innych, choćby dla tych była to tylko inwestycja), zaś w drugim tylko konieczny “koszt inwestycji”, zgodnie z powiedzeniem: “Ile trzeba stracić, żeby zyskać?”
Czy zatem ten drugi rodzaj wyrachowanej dobrobroczynności nie jest w istocie żerowaniem na nieszczęściu innych? Niech każdy sam sobie odpowie.
Na pewno jest oliwą na sumienie, by za głośno nie skrzypiało.

Przytoczony przez Księdza przypadek Shakiry wg mnie jest raczej pierwszego rodzaju. Co na nim Shakira zyska? Większą popularność? Przecież już ją ma. Kolejne kontrakty? Wątpliwe, tym rządzą twarde prawa ekonomii.

Blog na WordPress.com.